Rano stawiam się na peronie i wskakuję do Ekspresu Bernina, by udać się na południe, w stronę Tirano, i dalej do Lugano. Pociąg Kolei Retyckich łączy nie tylko różne krainy geograficzne, ale też kulturowe. W ciągu kilku godzin pozwala się przenieść z alpejskiej scenerii do świata niemal śródziemnomorskiego z atmosferą wiecznych wakacji.
Trasa, jaką pokonuje ekspres, uchodzi za jedną z bardziej spektakularnych w Europie. Pociąg z Chur do Tirano przejeżdża przez 55 tuneli i 196 mostów, przecinając tereny wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Gdy wsiadam do panoramicznych wagonów, mam wrażenie, że ten pociąg niemal w całości składa się z szyb – tafle okien są ogromne, ciągnąc się od podłogi i łagodnym łukiem zahaczając o sufit. Kiedy tylko ruszamy, okazuje się, że są niczym ekran, na którym można podziwiać zmieniający się krajobraz. Przecinamy zielone łąki, zbliżamy się do ośnieżonych szczytów Alp, by pokonać spektakularny wiadukt Landwasser (65 m wysokości) i dotrzeć do zakrętu Montebello z widokiem na masyw Bernina. Następny przystanek to Morteratsch. Tuż przy peronie zaczyna się ścieżka dydaktyczna prowadząca do ogromnego jęzora lodowca. Trasa nie jest wymagająca, a jej pokonanie nie zajmuje więcej niż godzinę. Po drodze wyznaczono 16 przystanków z tablicami podsuwającymi informacje na temat geografii i historii terenu. Jeszcze 120 lat temu lodowiec Morteratsch sięgał dalej – niemal 2 km – w głąb doliny, od tego czasu znacznie się jednak skurczył. Częściowo to skutek naturalnego cyklu, przede wszystkim jednak nasilających się zmian klimatu.
Pociąg mija trzy ułożone niemal w jednej linii jeziora: Lej Pitschen, Lej Nair i Lago Bianco. Jedziemy tuż obok akwenów, a zielonkawa woda zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Za najwyższym punktem na trasie, położoną nad Lago Bianco stacją Ospizio Bernina (2253 m n.p.m.), pociąg na chwilę zatrzymuje się na stacji Alp Grüm (2091 m n.p.m.). Postój trwa 10 min – akurat tyle, by pasażerowie mogli zrobić pamiątkowe zdjęcia. Potem skład tej najwyżej położonej linii kolejowej tego typu w Europie zbliża się do stacji końcowej, przejeżdżając m.in. przez spiralny wiadukt Brusio. Kamienna konstrukcja mająca 143 m długości powstała w 1908 r., by zniwelować nachylenie torów do wymaganego 7 proc. Jadąc po wiadukcie, wagony kreślą kształt muszli ślimaka.
Do Tirano – już we Włoszech – wjeżdżamy ulicami miasta; i to dosłownie, bo szyny ułożone są bezpośrednio na drodze. Gdy pojawia się pociąg, ruch samochodowy zostaje wstrzymany. Tutaj przesiadam się na specjalny kolejowy autobus Ekspres Bernina, który wiezie mnie przez dolinę Valtellina do jeziora Como i dalej, z powrotem do Szwajcarii, do Lugano, największego miasta włoskojęzycznego kantonu Ticino.
Tu przechadzam się po deptaku prowadzącym do mariny, zachwycając się lombardzkimi kamienicami i zaglądając do tradycyjnych rzeźników. W masarniach (macelleria) natykam się na dobrodusznie uśmiechających się sprzedawców, którzy podsuwają mi cieniutkie jak bibułka plasterki sezonowanej szynki. Nie jestem w stanie oprzeć się ich namowom oraz serdecznej atmosferze i wychodzę obładowany kolejnymi frykasami. Do tego brakuje mi już tylko dobrego wina. Przysiadam w parku Civico-Ciani nazywanym zielonymi płucami miasta i spędzam leniwe godziny w słońcu, pomiędzy starymi drzewami i barwnymi kwiatami, podjadając swoje zapasy i patrząc na jezioro oraz wzgórze San Salvatore, z którego podziwiać można całe miasto i imponujące rozmiarami Alpy.